Czwartkowy wieczór, sala w byłym budynku szkoły w Tworogu, na Słowackiego. W środku kilkanaście osób, kawa, ciasto, gwar rozmów. Ktoś żartuje, ktoś wspomina, ktoś słucha. Gdyby nie transparent z nazwą klubu, można by pomyśleć, że to zwykłe spotkanie znajomych. I właściwie tak jest.
Klub Krokusik działa w Tworogu od lat. Skupia byłych alkoholików i osoby współuzależnione – tych, którzy mieli problem z alkoholem, i tych, którzy żyli obok tego problemu. Należą do Stowarzyszenia Abstynentów. Spotykają się co tydzień. Co trzeci tydzień przychodzi terapeuta.

Kiedy tu trafiłem, spodziewałem się czegoś w stylu grup AA z filmów – krzeseł ustawionych w okrąg, rytualnego przedstawiania się „Jestem alkoholikiem”, ciszy między wyznaniami. Było zupełnie inaczej.
Czwartek trafił akurat na rocznicę. Krzysztof świętował dwadzieścia dziewięć lat trzeźwości. Na stole ciasto, zaraz zaśpiewają sto lat. Kazik w pośpiechu wypisuje kartkę dla Krzysztofa, puszcza w obieg, wszyscy się podpisują. Ja też.
Najtrudniejszy był pierwszy rok – mówi Krzysztof spokojnie. – A potem po dziesięciu latach znowu był strach. Strach przed zabiciem, przed tym, że zacznę od nowa.
Dwadzieścia dziewięć lat. Dla kogoś z zewnątrz to brzmi jak sukces zamknięty, skończony. Dla Krzysztofa to codzienność, którą trzeba pilnować.
– Musisz wiedzieć, że tego kieliszka nie możesz dotknąć. Jak go dotknę i wypiję, za pięć minut wypiję drugi, za dziesięć trzeci. Miałem nauczkę po pięciu latach. Teraz po trzydziestu latach- przypuszczam, że jeden kieliszek, trzy dni i bym się zapił.
Przy stole inni kiwają głowami. Znają to. Alkohol nie rozwiązuje problemów, tylko je odkłada. Z odsetkami. Opowiada o tym Romek – problem, który pojawił się niespodziewanie, dopijanie żeby nie myśleć, pięć godzin ulgi, tydzień ciągu, i problem wciąż tam czeka.
Pytam o ten jeden kieliszek, czy to faktycznie dla nich takie niebezpieczne.
Kieliszek dla mnie to za dużo – mówi Romek. – Ale za trzy dni wiadro będzie za mało.
Nikt z nich nie chciał być uzależniony. Zaczęli jak większość – dla towarzystwa, dla poprawy nastroju, dla relaksu. Granica między normalnym piciem a nałogiem jest niewidoczna, dopóki jej nie przekroczysz.
Żaden z nich nie chciał być uzależniony – mówi Monika, która do Krokusika trafiła jako żona alkoholika, nie jako osoba pijąca. – To przychodzi później. A nikt ci wcześniej nie mówi jak to wygląda. Monika jest w klubie od lat. Mąż już nie jest jej mężem, ale przyjaźnie które tu znalazła – zostały. Te przyjaźnie są najprawdziwsze – mówi. – Tu uczymy się jak żyć naprawdę. Bez kieliszka.
Otoczenie widzi zanim sam zauważysz. Rodzina reaguje jako pierwsza. Ale rodzina pamięta też długo po tym jak skończyłeś pić.
Pamiętają do dzisiaj – mówi Roman. – Jak ino coś źle powiem, to wytkną: tam żeś ty w kałuży leżał. A ja już nie piję… trochę czasu jednak. Ale to co kiedyś robiłeś – to zostaje. Roman ma za sobą moment, który mógł skończyć się tragicznie. Po śmierci wnuczka miał już wszystko zaplanowane – dwie flaszki, rower, las. Nie wie, czy by wrócił.
Przez dwa tygodnie to po mnie chodziło – mówi cicho. – Jakby nie ten klub, jakby nie ci ludzie tu, to w stu procentach jestem nieboszczykiem.
Jakiś czas później, pewnego dnia po spacerze trafił na ambonę myśliwską w lesie, który wyglądał jak z dzieciństwa. Usiadł. Siedział dwie godziny, sam ze wspomnieniami. Łąka jak z lat młodości.
Syn przyleciał z Tunezji, posiedział godzinę. Pogadali serdecznie.
I tak mi się uśmiechnęło – mówi Roman. – Jest dobrze. Jest dobrze.

Zadaję pytanie, które zadaje sobie pewnie każda rodzina alkoholika: czy można komuś pomóc, jeśli sam nie chce?
Odpowiedź pada szybko, bez wahania, prawie chórem.
– Nie. Musi chcieć. Próbuję dyskutować, ale wszyscy mówią to samo. Niewiarygodne. Możesz zapiąć w kaftan bezpieczeństwa, ale to nic nie da. Ten ktoś musi sam chcieć.
Jeden z czterdziestu pacjentów odwyku trafia potem do stowarzyszenia. Jeden. I to jest uznawane za sukces. Odwyk daje wiedzę – ale bez grupy wsparcia ta wiedza gdzieś ucieka.
Grzegorz przytacza historię o człowieku, który nie pił czternaście lat. Jego córka zginęła pod kołami tramwaju. Pojechał do szpitala, dowiedział się, że córka nie żyje, wyszedł i zaczął pić. Nie przyszedł na jej pogrzeb, nie był w stanie. Zmarł tydzień później, zapił się na śmierć.
Cisza przy stole.
Choroba – mówi ktoś po chwili. – To jest po prostu choroba.
Ale po chorobie zaczyna się nowe życie. Grzegorz przed Krokusikiem chodził najdalej do knajpy Leśnej. Teraz jeździ w góry. Sandra ma osiem miesięcy i dziewięć dni trzeźwości. Liczy dni. Planuje wrócić do nordic walkingu kiedy zelżeje upał, myśli o robieniu torebek na drutach. Zygmunt cieszy się, kiedy ktoś mówi, że widać po nim że nie pije. Kazik przyszedł z Tosią, która ma zaawansowanego Alzheimera, porusza się na wózku. Ktoś co jakiś czas podchodzi, dotyka ramienia. Nikt jej nie pomija. A Kazik chodzi po górach, uprawia nordic walking, mimo 70 lat na karku bez problemu robi kilkanaście kilometrów.

Krokusik nie działa jak grupy AA z filmów. Nie ma krzeseł w okrąg, rytualnego przedstawiania się, kolejki wyznań. Jest luźna dyscyplina, kawa, herbata – bo jak ktoś ma herbatę, to za pięć minut nie ucieknie, trzeba ją wypić. Śmiech przy stole. Znają tę taktykę. Raz w miesiącu przychodzi terapeuta, stały, ten sam od lat. Co roku klub jedzie na zlot abstynencki do Małego Cichego pod Zakopanem. Całe stowarzyszenie działa dzięki dotacji gminy i składkom członków.
Na niedawnych, sierpniowych Dożynkach Gminnych w Świniowicach, Krokusik poszedł w pochodzie z transparentem. Większość ludzi pewnie nie wiedziała kim są. Szli mimo to. To wymaga odwagi, której łatwo nie docenić. Wyjść publicznie i powiedzieć – jestem alkoholikiem. Jestem w klubie abstynentów. Mam na imię Roman, Grzegorz, Sandra, Monika, Krzysztof, Zygmunt.
W czwartek wieczorem przy kawie i cieście wyglądają jak zwykli znajomi. Bo są zwykłymi znajomymi. Tyle że znają się od tej trudniejszej strony. I właśnie dlatego ta znajomość jest prawdziwa.
Przy stole śmieją się z czegoś. Ktoś kroi ciasto. Heniek właśnie przyszedł, ściąga kurtkę. Tosia siedzi cicho w swoim wózku inwalidzkim.
Sto lat Krzysztofa wybrzmiało.
Dwadzieścia dziewięć lat.
I każdy następny dzień.